Historia, architektura i tajemnice: Wieża widokowa na Biskupiej Kopie — cesarska strażniczka sudeckiego pogranicza
Biskupia Kopa (760 m n.p.m.) od wieków góruje nad krajobrazem dawnego księstwa nyskiego i ziemi morawskiej, przyciągając wędrowców pragnących spojrzeć na świat z lotu ptaka. Pierwszą próbę oswojenia tej przestrzeni podjęto już w 1875 roku, stawiając na szczycie kamienną piramidę, a kilkanaście lat później drewnianą konstrukcję podtrzymywaną przez stalowe odciągi wrośnięte w korzenie starych drzew. Górskie żywioły nie miały jednak litości dla nietrwałego budulca – letnie burze i pożogi szybko zweryfikowały plany pionierów turystyki. Prawdziwa historia tego miejsca zaczęła się dopiero wtedy, gdy działacze Morawsko-Śląskiego Sudeckiego Towarzystwa Górskiego (MSSGV) postanowili wznieść obiekt, który przetrwa pokolenia.
Uroczyste otwarcie murowanej baszty nastąpiło 26 sierpnia 1898 roku. Nadano jej wówczas imię cesarza Franciszka Józefa I (Kaiser Franz Josef Warte), celebrując półwiecze panowania habsburskiego monarchy. Choć budowa pochłonęła gigantyczną kwotę ponad 5 tysięcy florenów i wpędziła lokalną sekcję turystyczną w spore długi, wieża błyskawicznie stała się regionalną sensacją. Turyści płacili po 10 halerzy za wejście, co pozwoliło spłacić zobowiązania, a sam szczyt zyskał status arystokratycznego salonu pod chmurami. O randze tego miejsca świadczy fakt, że w 1911 roku na platformę widokową wspiął się sam król saski Fryderyk August, zachwycony sudeckim krajobrazem.
XX wiek przyniósł gwałtowne zmiany granic i burzliwe losy. W międzywojennej Czechosłowacji cesarski patron nie budził entuzjazmu, a najciemniejszy rozdział nadszedł w epoce zimnej wojny. W latach 1966–1990 surowy, kamienny kolos został całkowicie odcięty od świata turystów i zamieniony w pilnie strzeżony retransmiter czeskiej telewizji. Szczyt Biskupiej Kopy podzielił los wielu granicznych miejsc, gdzie swobodę wędrówki zastąpiły pasy zaoranej ziemi i wojskowe posterunki. Dopiero upadek żelaznej kurtyny tchnął w zabytkowe mury drugie życie, przywracając wieżę tym, dla których powstała – zachwyconym wędrowcom.
Dziś, wchodząc przez automatyczną bramkę i pokonując stopnie wiodące na 18-metrową galerię, wkracza się w przestrzeń, gdzie historia spotyka się z żywiołem wiatru. Odsłonięty horyzont potrafi wprawić w osłupienie: na wyciągnięcie ręki falują lesiste grzbiety Gór Opawskich, na zachodzie wznoszą się surowe Jesioniki, a przy wybitnej przejrzystości powietrza wprawne oko dostrzeże nawet zarysy Karkonoszy. To punkt, w którym granica państwowa przestaje dzielić, stając się jedynie umowną linią w morzu zieleni.
Czy wiesz, że gospodarze wieży byli tak dumni z wizyty saskiego monarchy w 1911 roku, że postanowili uwiecznić ten moment w osobliwy sposób? Własnoręczny podpis króla Fryderyka Augusta został precyzyjnie wycięty ze zwykłej księgi pamiątkowej, a następnie oprawiony w elegancką ramę za szkłem i powieszony na ścianie wieży obok pamiątkowej tablicy.
Najlepsze warunki oświetleniowe panują tu o wschodzie i wczesnym rankiem, gdy poranne mgły zalegają w dolinach rzeki Prudnik i Zlatohorskiej vrchoviny, a ciepłe promienie słońca wydobywają fakturę historycznego kamienia. Do fotografowania samej bryły z polany szczytowej przyda się szeroki kąt (16–24 mm). Z kolei na galerii widokowej niezastąpiony będzie teleobiektyw (70–200 mm), którym skadrujesz sylwetkę wieży na Pradziadzie lub lśniące w dole tafle zbiorników wodnych.