Historia, architektura i tajemnice: Halicz — legendarny zwornik dawnych granic i bezkresnych połonin
Kiedy staje się na wierzchołku Halicza, pierwszym doznaniem jest wszechogarniający, bezkresny wiatr i poczucie absolutnej przestrzeni. Wznoszący się na wysokość 1333 m n.p.m. kolos to trzeci najwyższy szczyt polskiej części Bieszczadów. Zbudowany z twardych piaskowców krośnieńskich, manifestuje swoją surowość rumowiskami skalnymi i ostrymi grzędami, które wyłaniają się z morza falujących traw. Płaskowyż szczytowy w całości pokrywa wysokogórska połonina, z której kocioł źródłowy Wołosatki i dolina górnego Sanu wyglądają niczym miniaturowa makieta rzeźbiona przez miliony lat.
Przez całe stulecia Halicz tętnił zgoła innym życiem niż dzisiaj. Dawni rusińscy mieszkańcy tych ziem, Bojkowie, zamienili tutejsze partie podszczytowe w tętniące życiem pastwiska. W 1913 roku na samym tylko Haliczu pasło się blisko dwa tysiące wołów, a na wierzchołek od strony cerkwi w Tarnawie Niżnej prowadziła bita droga jezdna. Góra kryła jednak także mroczniejsze karty — w dawnych wiekach była matecznikiem karpackich tołhajów i opryszków, a burzliwe lata powojenne przyniosły tragiczne egzekucje dokonywane na szczycie przez oddziały UPA.
Dla powojennej turystyki górskiej Halicz stał się niemal mitycznym celem. Gdy w 1953 roku wytyczano bieszczadzki odcinek czerwonego szlaku, to właśnie ten wierzchołek ustanowiono spektakularnym finałem całego Głównego Szlaku Beskidzkiego. W tym samym roku, zaledwie kilka tygodni po wyznaczeniu trasy, na bezleśny szczyt Halicza dotarł ks. Karol Wojtyła podczas jednej ze swoich pionierskich wędrówek z młodzieżą, rozpoczynając bieszczadzką tradycję pielgrzymowania w te odległe zakątki.
Współczesna wędrówka klasyczną pętlą z Wołosatego przez Przełęcz Bukowską i Rozsypaniec to esencja bieszczadzkiego wędrowania. Wspinaczka łagodnym łukiem wzdłuż granicy państwowej otwiera przed oczami szczyty, które w Europie Środkowej rzadko widuje się z tak bliska: potężny Kińczyk Bukowski, Połoninę Równą czy odległą Popadię. Stojąc przy charakterystycznym metalowym krzyżu wieńczącym Halicz, czuje się prawdziwą potęgę Karpat Wschodnich — surowych, cichych i bezkresnych.
Czy wiesz, że według dawnych węgierskich kronik w średniowieczu na samym czubku Halicza zbiegały się granice trzech potęg: Królestwa Polskiego, Królestwa Węgier oraz Rusi Halickiej? Co więcej, w wyjątkowo przejrzyste dni inwersyjne można stąd dostrzec szczyt Wielkiej Sywuli w Gorganach, oddalony w linii prostej o ponad 100 kilometrów.
Najlepsze kadry powstają tu o wschodzie słońca lub późnym popołudniem podczas jesiennych dni z dobrą przejrzystością powietrza. Warto zabrać teleobiektyw (minimum 135–200 mm), by skompresować wieloplanowe grzbiety ukraińskich Bieszczadów i Gorganów zbiegające ku dolinie Sanu, a także obiektyw szerokokątny, który uwypukli charakterystyczne piaskowcowe wychodnie skalne na pierwszym planie.